2007 – Narty w Cesana we Wloszech

PIERWSZY TURNUS  – Reportaz Misia Edelmana

Jak zwykle to i w tym roku odbyły się wspólne wakacje narciarskie. Tym razem Włochy i Cesana. Kiedyś jeździło po paręset osób na jeden turnus ale już od paru lat mamy dwa turnusy po maks. 50 osób. Atmosfera jest lepsza, życie towarzyskie kwitnie i jazda w grupie wszystkim coraz bardziej odpowiada a szczególnie przerwy w knajpie, gdzie opowieści „narciarskich„ można słuchać bez końca przy dobrym bombardino. Wieczory to zazwyczaj małe pokojowe party przy dobrych alkoholach. W tym roku zjechali się ludzie z 10 krajów. 
Dradycyjnie wszystkimi rządził nas super przewodnik Max, który dbał o nas niczym o swoich rodzicowi. Cały czas na posterunku, cały czas gotowy pomagać – czy to na stoku czy w knajpie czy też w hotelu. Już od wczesnego rana była kartka o pogodzie i gdzie będziemy jeździć. Spotkanie na górce i tam Max codziennie prowadził gimnastykę. Różnie to wyglądało ale wesoło było.

Wieczory w hotelu to nie tylko alkohol ale tez innego rodzaju atrakcje. Jednego dnia pobliski sklep wystawił swoje produkty. Innego dnia Max opowiadał o letnich ( Indor), specjalistę od Carvingu, który opowiadał innego wieczoru o zasadach jazdy na Carvingu . Edek Strasser opowiadał i pokazywał, jak można tanio i dobrze samemu kłaść vax i ostrzyc kanty. Mając dwóch przewodników mieliśmy dwie grupy. Jedna szybka i jedna wolniejsza, gdzie była prowadzona nauka jazdy na carvingu. Było tak zorganizowane, że obie grupy spotykały się zawsze na wspólnym lunchu. 
Prawie codziennie we wsi padał deszcz a na górze było 15 – 20 cm świeżego puchu śnieżnego. Jazda „off pist” przed południem należała do przyjemności dnia. 
Na zakończenie tygodnia wręczyliśmy Maxowi prezent od nas wszystkich. 
Jeśli chodzi o kontuzje: pierwszego tygodnia jeden złamany obojczyk, dwa żebra pęknięte, jedno kolano nadwyrężone i 3 ciężkie przeziębienia.


DRUGI TURNUS –  4-11.marzec 2007 – Reportaz Elzbiety Gieysztor-Ingvarsson

Sklad: 39 osob(w tym 15 kobiet) + 2 dzieci + 2 przewodnikow 

Narty_2007

 

Od pierwszego dnia, przez caly tydzien swiecilo nam slonce na pieknych stokach tzw. „drogi mlecznej”- La via Latea. Takiego szczescia nie oczekiwalismy po SMS-ach od Misia z pierwszego turnusu. Potrzebny byl stale krem ochronny by sie nie sparzyc.

Nawet jedzenie poprawilo sie troche dzieki protestom naszych poprzednikow. Przynajmniej w hotelu Caberton nie tylismy tak jak w ubieglym roku w Andorze. Ci co chcieli skosztowac prawdziwych, regionalnych przysmakow odwiedzali pobliska restauracje gdzie gotowala polka.

Liczba Pan jezdzacych na nartach okazala sie pechowa trzynastka, bo zaraz na drugi dzien Ewa F. zlamala noge i wyladowala w szpitalu w Turynie, a potem odstawiono ja do samolotu do Sztokholmu na operacje. Reszta bez przeszkod rozkoszowala sie pieknymi zjazdami w roznych miejscach systemu polozonego miedzy szescioma miejscowosciami. Najpiekniej bylo po stronie francuskiej, gdzie wybrano sie jeszcze raz przedostatniego dnia za dodatkowa oplata.

Jak zwykle podzielilismy sie na grupy wg szybkosci jazdy: Edka Freya, Maxa i Lindora.
Grupa Lindora-„Lugna favoriter”, bardziej kameralna, liczyla przewaznie 13 osob.
Za Lindorem wszyscy sznurem zjezdzalismy spokojnie nawet olimpijskimi zjazdami i z satysfakcja mozemy opowiadac w domu, ze pokonywalismy wielokrotnie stok gdzie Ania Persson zdobyla zloty medal na zeszlorocznej Olimpiadzie. Ostatnie 2 dni musielismy sie obyc bez Lindora, ktorego obowiazki strazaka wezwaly do Göteborga.

Poniewaz na dole, w drodze do domu grzezlismy w blocie, wiec trzeba pochwalic naszych dzentelmenow, ktorzy paniom myli buty narciarskie w przyhotelowym strumieniu. Rowniez 8 marca, w Dzien Kobiet panowie zachowali sie godnie i ustepowali miejsca paniom we wszystkich kolejkach, nawet do ubikacji po lunchu. Przy kolacji odspiewali nam „sto lat”.

Max nic nie rozumial z tych naszych peerelowskich zwyczajow. Wiadomo w Szwecji rownouprawnienie. Natomiast tubylcy czestowali nas na wyciagach czekoladowymi serduszkami i panie z calego rejonu Piemonte tego dnia mogly darmo korzystac z kolejek gorskich. Dwa wieczory urozmaicili nam nasi przewodnicy. Max opowiedzial o programie czekajacej nas w lipcu wspanialej wedrowki, ktora zaprojektowal. Kilku osobom z nas udalo sie na nia zapisac. Lista rezerwowa jest juz dluga. Drugiego wieczoru Lindor pokazywal jak wybierac i konserwowac Carwingi. Poza tym odbyly sie spontaniczne, grupowe spiewy ze spiewnikiem i bez, damska konferencja kosmetyczna(Bogny W) i za krotki pozegnalny wieczorek taneczny. Zapowiadal sie dobrze, ale recepcja wylaczyla nam muzyke i kazala isc spac. Co prawda mielismy wstawac o 4-tej rano. Trzeba dodac, ze przy posilkach dodatkowa atrakcja byly spotkania z naszymi najmlodszymi uczestnikami wyprawy: Adamem(4lata) Danielem (2)Marianiukami, ktorzy gaworzac po polsku obserwowali nas jednoczesnie bacznie. Niedlugo beda z nich wspaniali narciarze.

Na lotnisku w Kopenhadze zegnalismy osoby z Lundu, Malmö i Brukseli no i Maxa. W ta strone, w samolocie do Sztokholmu, nie dostalismy juz cieplych buleczek, ale wracalismy do domu zadowoleni, przewietrzeni i opaleni.